czwartek, 9 kwietnia 2015

Musujące jagody








      Hej!

      Weekend się zbliża, a w mojej głowie tylko jedno - RELAKS... :) Co prawda, nie jestem nie wiem jak zmęczona, no ale... Relaks każdy lubi bez względu na okoliczności, prawda? ;) Co będę takiego robić w weekend? A no się kąpać rzecz jasna :D O ile znajdę dłuższą chwilkę na wylegiwanie i rozmyślanie o tym cudownym świecie...

      Pomyślałam sobie, że do urozmaicenia tego niemałego rytuału przydałoby się coś, czego nie robię na co dzień. Świece, muzyka, jakieś kadzidełko i... musujące kule do kąpieli! Dawniej siostra kupiła mi gotowe ze sklepu i nawet nie pamiętam, czy w ogóle były musujące... Raczej jakiś proszek o ładnym zapachu, a w składzie... Wolę nie wiedzieć nawet. Postanowiłam dzisiaj, że zrobię takie cacko. Wiem co daję i może mnie ponieść wena... Już mam w planie do zrobienia inne, ale nie mam na to jeszcze składników :) Jakie zrobiłam dzisiaj? Jagodowe! :D




      Do wykonania ich potrzeba:
  • Sody oczyszczonej ( w opakowaniu miałam 70g)
  • Kwasku cytrynowego w proszku (20g)
  • Olej kokosowy ( dwie łyżki)
  • Jagody zmielone lub cokolwiek chcemy dodać (łyżeczka)
  • Olejek eteryczny, ja dałam pichtowy (10 kropli)
  • Wit A, E ( po 5 kropli)

      Olej kokosowy rozpuszczamy w kąpieli wodnej, dodajemy wit A, E, olejek eteryczny. Łyżeczka zmielonych jagód do tego paczka sody i kwasku. Mieszamy dokładnie. Powinna być konsystencja mokrego piasku. Teraz trzeba by uformować wedle życzenia :) Najlepiej jest to zrobić w sylikonowych foremkach, jako że ja nie miałam, dałam do pokrywki od soli :D






      Efekt końcowy prezentuje się tak:



      Mały test musowania ;)


      Działa! :)

      Jakie Wy robiłyście, albo polecacie? Czy coś fajnego dorzucacie do kąpieli?


Lucy

środa, 8 kwietnia 2015

Na zielono





      Hej!

      Ale mnie dawno nie było! Co się takiego działo? A no nic specjalnego - mętlik w głowie :)
Miałam tyle pomysłów na posta, że nic z tego nie wyszło... Dlaczego? Najpierw była myśl... Później próba generalna, a na końcu efekt - nie taki jak sobie wyobrażałam. Tym pomysłem było zrobienie trzech kremów:

ZIELONY, ŻÓŁTY i CZERWONY. Miały być one na wzór korektorów do twarzy, na różne przebarwienia.

      ZIELONY i ŻÓŁTY na czerwone, a CZERWONY na brązowe. Tego ostatniego nie zrobiłam, gdyż nie mam czerwonych alg. Próbowałam zrobić z hibiskusem, ale nie spodobał mi się efekt - zaczęła oddzielać się woda od kremu... Żółty powstał z połączenia kurkumy i kremu. Wszystko byłoby dobrze, gdyby tej kurkumy było mniej... Krótko mówiąc wyglądałam jak słońce... Tak okrągła żółta kula... :D
      Zielony natomiast wyszedł super! Pomyślałam więc, że temu co zabarwiło mój krem na zielono, poświęcę troszkę uwagi. Mowa tu o SPIRULINIE.
 Dowiedziałam się o niej z tego cudownego bloga :). Oczywiście od razu zaczęłam szukać w necie informacji na temat tych alg i powiem, że zaskoczyły mnie one wielce! ;) Co jest na ten temat napisane? Przede wszystkim zwróciłam uwagę na to, że składa się aż w 60% z białka. Poza białkiem zawiera żelazo, wapń, karoten, wit A, E, C, wszystkie witaminy z grupy B, potas, selen, chrom itd... Wzmacnia ona układ odpornościowy, wykazuje właściwości przeciwalergiczne, skutecznie hamuje rozwój nowotworów, oczyszcza z toksyn, jest najbogatszym źródłem kwasu gamma-linolenowego – GLA (występującego również w mleku karmiących matek). A pro po karmienia, rozmawiałam wczoraj z panią zielarką, która powiedziała, że dobrze jest jeść spirulinę w czasie karmienia piersią.




      Kupiłam ją głownie do celów kosmetycznych - do stosowania zewnętrznego, jednak skusiłam się i ją zjadłam :D Jeśli chodzi o smak, to nie zachęca mnie w żaden sposób... Na opakowaniu jest napisane, żeby zjeść 4g i popić wodą. Ja wsypałam ją do wody w szklance i taką wypiłam. Myślę, że kiedyś dodam ją do koktajlu bananowego, żeby osłodzić jej smak :)
Wracając do tematu, zabarwiłam nią krem, swój ulubiony Nivea :D Najpierw robiłam z niej maseczkę z dodatkiem skrobi ziemniaczanej, później pomyślałam, że może będzie lepiej działać na twarzy jeśli nie zmyję. I tak powstał zielony krem :)


Za pierwszym razem wyszedł jaśniejszy kolor, ale za kolejnym stwierdziłam, że zaszaleję :) Jak działał na mojej twarzy? Porozjaśniał przebarwienia, zwęził pory, skóra szczególnie pod oczami zrobiła się jaśniejsza.

      Do kompletu zrobiłam mydełko ze spiruliną i olejkiem miętowym z przepisu z bloga, do którego podałam link wyżej. Oczywiście troszeczkę przerobiłam go - cała ja :D ale sprawdza się świetnie!Na początku myłam nim tylko twarz, ale teraz całe ciało, dlatego rozważam zrobienie kolejnego z masłem kakaowym, bo myślę, że bardziej nawilżyłoby skórę :)

      Nie wiem czemu tak mam, ale kiedy używam jakiegoś składnika zamieniam się w myśliciela i dumam... Dumam nad tym na ile sposobów można go użyć :) I dumając tak pomyślałam, że dodam spirulinę do odżywki do włosów. Sprawdziłam później w necie czy w ogóle coś takiego można zrobić i ba! Faktycznie tak dziewczyny robią i to od dłuższego czasu. Wzięłam więc odżywkę (mniej więcej 4 łyżki) i dodałam do niej spirulinę (ok łyżeczki), nałożyłam na zwilżone włosy, założyłam piękną reklamówkę z Biedronki i trzymałam tak przez 15 minut :) Później spłukałam wodą i to na tyle :) Przywykłam do mycia włosów na różne sposoby, więc sama odżywka bez użycia szamponu w zupełności mi wystarcza :)
W tym całym zabiegu chodzi o naproteinowanie włosów. Faktycznie włosy były fantastyczne kiedy wyschły! Na pewno to też zasługa odżywki, ale nie tylko :)

      Ostatnią rzeczą, o której chcę napisać jest peeling skóry :) Do peelingu używam różnych składników, do tego akurat dałam zmielony niebieski mak, spirulinę i olejek do kąpieli. Troszeczkę byłam w szoku kiedy zobaczyłam jak wyglądam... Ale nie tylko ja byłam cała zielona, zasłona w wannie i wanna i ściana również... Ale wbrew pozorom bardzo łatwo się spłukało :)
Myślę, że można by kombinować z różnymi peelingami do ciała. Oczywiście chyba najlepszy na świecie jest kawowy z wiórkami kokosowymi :) Albo z miłorzębu i wiórek kokosowych :) Jednak warto do nich dorzucić troszkę więcej witamin w postaci spiruliny i zostawić tak na chwilkę, żeby mogła się wykazać :)


      Na dzisiaj to tyle :) Mam nadzieję, że z następnym postem nie będę zwlekać tak długo jak z tym... :)

Znałyście te algi? Polecacie jakieś inne? Myślałyście o zrobieniu kolorowych kremów? :)



Lucy

sobota, 21 marca 2015

Mała czarna...




      Hej!

      Zacznijmy od pytania: kto lubi kawę? ;) Myślę, że ma niemałe grono miłośników... Ostatnio nawet ja mam ochotę na kawę, szaleję za jej zapachem, ale jedynie tylko on musi mi na razie wystarczyć... Ale moje włosy mogą ją pić! :) Słyszałyście o tym, żeby na włosy lać kawę?? I niby po co takie zabiegi?

      Kiedy wyszedł na rynek szampon na wypadające włosy u mężczyzn, w składzie miał między innymi kofeinę. Siostra kupiła go swojemu mężczyźnie i na prawdę zmniejszyło się u niego wypadanie włosów i zaczęły wyrastać baby hair! Pomyślałam wtedy, że może jako wcierkę do włosów wykorzystam kawę. Wzięłam pierwszą lepszą, akurat miałam smakową Waniliową, zaparzyłam i moim ulubionym sposobem - strzykawką 2ml - lałam najpierw na skórę głowy, a później na całą długość włosów.




      Niestety byłam niesystematyczna jeśli chodzi o tą wcierkę. Nie zawsze mam czas, ale teraz zamierzam wziąć się w garść i  przed każdym myciem głowy nakładać na około godzinkę.
Jak wiadomo nie tylko kawa ma kofeinę, można ją znaleźć w herbacie jako teina, guaranie jako guaranina, w yerba mate jako mateina, może być również otrzymywana syntetycznie.

Co jeszcze może wyczarować kofeina, poza zatrzymaniem wypadania włosów?
  • Wykazuje działanie wyszczuplające, redukuje objętość komórek tłuszczowych, nadaje się więc świetnie do modelowania i wyszczuplania wybranych partii twarzy
  • redukuje cellulit
  • ma właściwości pochłaniające promieniawanie UVB
  • zmniejsza cienie i obrzęki pod oczami
  • poprawia mikrocyrkulację i ukrwienie, dzięki temu przywraca skórze zdrowy koloryt.


      Do przygotowania wcierki nie trzeba nam nic więcej oprócz zmielonej kawy, wrzątku i jakiegoś naczynia na nią. Ja zalewam jedną - czasem dwie czubate łyżeczki kawy zagotowaną wodą i odstawiam do zaparzenia i wystygnięcia. Można wzbogacić ją o jedno jajko :) zmiksować to blenderem, albo roztrzepać trzepaczką. Dodałam jeszcze glinkę zieloną, bo jak mówiłam mam tego troszkę i trzeba zużyć... :D
Później zmywam włosy normalnie szamponem (bez SLS ;) ) obecnie posiadam oba , ale częściej myję balsamem. Przez dłuższy czas myłam włosy mydłem Dove a później dawałam odrzywkę i spłukiwałam. Bardzo fajnie myje włosy jajko roztrzepane i do tego glinka, albo odrzywka z glinką. Dawniej w ramach eksperymentów próbowałam myć mąką besan ( z ciecierzycy) i całkiem w porządku zmywała, ale męczyłam się z wypłukaniem ziaren...




      W tym temacie to tyle :)
Też robicie wcierki do włosów? Jeśli tak to jakie?

      Lucy




sobota, 14 marca 2015

Biała glinka w roli... pasty do zębów ;)







      Hej!

      Dzisiejszym tematem będą nasze zęby ;) a konkretniej pielęgnacja ich. Do zrobienia własnej pasty do zębów przymierzałam się bodajże od roku? Ale nie miałam odpowiedniej zachęty, aż tu nagle BAM :) Znalazłam bloga Babka Zielna a w nim właśnie temat pasty DIY. Zrobiłam ją od razu, bo byłam ciekawa jak myje się tak dużą ilością sody oczyszczonej... Zapach jest piękny - cynamon i mięta, smak? Kwaśny. Myło się ciekawie, ale kiedy zerknęłam do internetu i poczytałam o wpływie sody na szkliwo (ściera je co daje złudzenie wybielenia zębów, a w efekcie zęby stają się niestety słabsze i bardziej podatne na psucie) pomyślałam że zrobię inną pastę.

      W temacie maseczek jestem zakochana po uszy :) Czy to do włosów czy twarzy... mogłabym (i tak robię :D ) mielić prawie wszystko i testować na sobie :) Dlatego mam sporo maseczek między innymi  z glinek. Glinki należą do minerałów ilastych, tzn, że ich działanie polega na wchłanianiu zanieczyszczeń. Zawierają wszystkie mikro i makro elementy: krzem, wapń, magnez, potas, żelazo, fosfor, cynk, miedź, selen i inne w łatwo przyswajalnej formie. Kiedyś przeczytałam też, że można myć glinką zęby ( swoją drogą, podobno  pije się glinkę z wodą, może kiedyś się skuszę :) ), wystarczy zamoczyć szczoteczkę w suchej glince i tak umyć. Ja jednak troszkę wzbogaciłam recepturę :) Już mówię jak!



       Będzie potrzebne:
  • plastikowa łyżeczka
  • pojemnik
  • dwie łyżeczki białej glinki
  • 4 łyżeczki syropu ze stewii (przepis wzięłam stąd )
  • olejek eteryczny - ja dałam 2 krople grapefrutowego i dwie miętowego

       Wsypujemy glinkę do pojemnika, dolewamy syrop i mieszamy na gładką masę. Na koniec dodajemy olejki eteryczne i GOTOWE! :)
Jeśli ktoś nie posiada stewii można dać samą wodę. Dlaczego ja dałam akurat stewię? Otóż także jest bogata w minerały, dezynfekujące i bakteriobójcze właściwości stewii wykorzystywane są do produkcji pasty do zębów. Substancje słodzące stewii nie obniżają pH płytki nazębnej, nie zwiększają zatem ryzyka rozwoju próchnicy zębów.
Stewię można kupić w sklepie ekologicznym, ja kupiłam ją  tu .





      A Wy jakieś pasty robicie same? Jaka wg Was jest najlepsza?Co sądzicie o tej?

Lucy ;)

www.poradnikzdrowie.pl/uroda/twarz/glinka-kosmetyczna-rodzaje-wlasciwosci-zastosowanie-glinki-w łatwo przyswajalnej formie
na absorpcji zanieczyszczeń takich jak nadmiar sebum czy produkty metabolizmu skóry

http://www.poradnikzdrowie.pl/uroda/twarz/glinka-kosmetyczna-rodzaje-wlasciwosci-zastosowanie-glinki-kosmetyczne_37008.html

czwartek, 12 marca 2015

Maseczka moim zdaniem IDEALNA!!!









      Hej!


      Witam Was serdecznie na moim blogu! :) Zabieram się do napisania tego posta chyba od tygodnia, a tak naprawdę nie ma w nim wielkiej filozofii :) Otóż o właściwościach pomarańczy dowiedziałam się całkiem przypadkowo... Jakiś czas temu pojawił się w mojej głowie cynk -chciałam zrobić sobie perfumy. Zaczęłam wszystko wąchać :) owoce, kwiaty i pozalewałam je spirytusem. Zaczęło się od wanilii, którą zalałam wódką, później już tylko spirytusem. Zalałam truskawki, rabarbar, konwalie, cynamon, cytrynę z rozmarynem i w końcu skórkę z pomarańczy. Jako perfum ich raczej nie użyłam... Któregoś dnia na mojej twarzy zawitał pryszcz, jak to czasem bywa :D Pomyślałam wtedy o spirytusie, żeby potraktować nim intruza i pierwszy pod ręką był właśnie z pomarańczą. Zdziwiłam się,kiedy po kilkukrotnym przemywaniu go zaczął maleć, a zaczerwienienie bledło. Z inną 'perfumą' nie widziałam takich efektów.

      W internecie można znaleźć informacje o olejku eterycznym ze skórki z pomarańczy. Ma właściwości antybakteryjne, pomaga w walce z trądzikiem i łagodzi stany zapalne. Jest jeszcze jedna rzecz, którą odkryłyśmy z teściową - wygładza zmarszczki :) Autentycznie najgłębsza jej zmarszczka zaczęła się prostować. 

      Zatem przejdźmy do sedna sprawy :)
Zmieloną skórkę z pomarańczy można kupić w sklepie  -  znalazłam tutaj (klik), jednak ja wolę sama ją obrać, pokroić, wysuszyć i zmielić :) Do niej dodaję krem - mi najbardziej odpowiada NIVEA nawilżający, każdy może dodać swój wg uznania. Do zagęszczenia sypię skrobię ziemniaczaną.



      
      Trzeba składniki wymieszać i nałożyć na umytą i osuszoną wcześniej twarz. Ile czasu ją trzymać? Jeśli mam więcej czasu to czekam aż wyschnie - lub jak kto woli - wsiąknie :) Częściej sytuacja tak wygląda, że nakładam ją, biorę szybki prysznic i zmywam... Uważam, że najlepszy rezultat daje nakładanie jej co 2 dzień. 






      Na ten temat tyle :) Dzięki za poświęcenie chwilki na przeczytanie i zapraszam na kolejny wpis, który już wkrótce ;)

Czy znałyście taką maseczkę? Co o niej sądzicie? Jaka jest Wasza IDEALNA maseczka? :)


Lucy